Zrozumieć Śląsk

Wierność poczuciu narodowemu bywa nieraz poczytywana przez polityków albo doktrynerów za śmieszny romantyzm, za niepraktyczność życiową, lecz przykład Śląska, przez sześćset lat wbrew wszelkiej nadziei opierającego się germanizacji, odsłania jej wartość – pisała przed laty Zofia Kossak-Szczucka. A jak dzisiaj rozumiemy Śląsk?

Paweł Kukiz muzyk, autor tekstów, polityk

Mieszkam na Śląsku, chociaż często wyjeżdżam do Warszawy. Jednak moim gniazdem jest Śląsk i wątpię, bym kiedykolwiek w życiu zdecydował się to miejsce opuścić. Śląsk to jedność w różnorodności. Pamiętam z dzieciństwa, jak społeczność Śląska, podzielona była na Hanysów i Hadziaji, czyli na miejscowych, i tych, którzy tu przyjechali. Myślę oczywiście o Śląsku Opolskim. Sądzę, że podział ten wynikał z wzajemnej nieufności. Jednak, po latach, okazało się, że mamy tu niemiecki ordnung połączony z polską fantazją. To tylko pozornie wydaje się nie do pogodzenia, ale tu, na moim Śląsku Opolskim, to się udało. Śląsk to nowy Hajmat, nowa ojczyzna dla ludzi, którzy zostali wysiedleni z Kresów. Śląsk jest tolerancyjny, Śląsk jest otwarty, jest najbardziej europejskim mentalnie regionem Polski. Moim zdaniem Śląsk najpełniej oddaje moją wizję obecności Polski w Unii Europejskiej. Nie ma czegoś takiego, że dominują tu autochtoni, lub ludność napływowa. Tu wszyscy są równi. To tutaj wykształciła się wielokulturowa społeczność, mówiąca różnymi językami. Biorąc przykładowo klasycznego Hadziaja, z jego charakterystycznymi kresowymi zaśpiewkami i powiedzeniami czy chłopaka z Radzionkowa, lub z Piekar Śląskich, zobaczymy olbrzymie różnice językowe. Jednak pomimo tego ludzie tutaj znakomicie się ze sobą dogadują, zgodnie żyjąc w stanie takiej swoistej symbiozy. Dorastanie do śląskości to proces wyzbywania się nacjonalizmów. Rozumiem go jako kształtowanie poszanowania dla inności drugiego człowieka. Traktowania go jako wartości dodanej, środka prowadzącego do ubogacania regionu, a nie zagrożenia. Zawsze broniłem i bronił będę wolności jednostki do własnej tożsamości kulturowej. Tożsamości rozumianej nie jako zaborczość czy ekspansywność, ale uzupełnienie dla szeroko pojętej kultury regionu i kraju. Wszedłem do Rady Programowej Muzeum Dziedzictwa i Kultury Kresów w Brzegu. Uważam, że Śląsk jest idealnym miejscem, by właśnie tutaj powstała instytucja opisująca wielokulturowość tej ziemi. Śląsk przez swoją różnorodność ma bardzo wiele cech wspólnych z wielowymiarową kulturą kresową. W Muzeum jedną i drugą wielokulturowość chcielibyśmy połączyć. Pokazać jak Kresowiacy świetnie odnaleźli się na Śląsku, dzięki śląskiej tolerancyjności i otwartości. Przypomnijmy sobie, gdzie schronienie znaleźli innowiercy, protestanci, ewangelicy? Odpowiedź brzmi: w Wiśle, czyli też na Śląsku.

Nie wyobrażam sobie Śląska bez jego kultury górniczej. Gdy zamykano masowo kopalnie przed 2015 rokiem, apelowałem, by brać pod uwagę nie tylko aspekt gospodarczy, ale również tożsamościowy, tradycyjny. Nie można kultury, która kształtowała się przez setki lat, podporządkowywać bezmyślnie wyłącznie koniunkturze gospodarczej. Transformacja według mnie powinna trwać jakieś minimum pięćdziesiąt lat. Kopalnie muszą funkcjonować jako rezerwa energetyczna kraju, co dobitnie pokazał ostatni czas. Bzdurą jest myślenie, że samo słońce nas ogrzeje. Nie wyobrażam sobie Śląska bez jego specyficznego, zapachu kopalń. Jako muzyk mogę dodać, że jestem wielkim fanem dętych orkiestr górniczych. To nie cepelia, lecz kultura i teraźniejszość. Myślę, że Śląsk jest najbardziej polską częścią Polski. Boli mnie to, że traktowany jest po macoszemu, uważany za jakąś piątą kolumnę. Jeżeli Polska pragnie zrozumieć Śląsk, to niech zacznie dla niego działać, niech zacznie go czuć. To tutaj, na Śląsku, zaczyna się Polska. Przypomnijmy sobie, chociażby trzy Powstania Śląskie.

Śląsk swoją nowoczesność buduje na tradycji. Świat dąży do ujednolicenia, standaryzacji, a Śląsk stawia na indywidualność, będącą spoiwem jedności wielokulturowej mozaiki zamieszkujących go ludzi. Należy pielęgnować regionalizmy, chronić ich unikatowość. Bardzo lubię serial „Święta wojna”. Pokazuje on, że pomimo wszystkich różnic Ślązak i Warszawiak mogą się dogadać. Muszą tylko chcieć dostrzec, że łączy ich Polska. Śląsk to moja ojczyzna. Śląsk jest moim miejscem na ziemi, jest dla mnie wszystkim. Chociaż moja mama jest warszawianką, a tata kresowianinem, to ja czuje się Ślązakiem. Śląsk to moja mała ojczyzna. Tutaj wszyscy dbają o swoją tożsamość, nawet gdy przyjechali tutaj z różnych stron. Człowiek, który się w Śląsku zakochuje, przyjmuje Śląsk bezpośrednio do swojego serca.

Ślązak wywiesza polską flagę i śląską fanę dopiero wtedy, gdy posprząta swoje podwórko. Dla niego jest to wielkie święto, a nie jakiś przymus czy nakaz. Wynika to z olbrzymiego szacunku dla tradycji ojców.


Eugeniusz Gatnar ekonomista, nauczyciel akademicki

Śląsk to moje miejsce na Ziemi. Miejsce, w którym się urodziłem i wychowałem. Moja Ojczyzna. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem i tak nie myślałem. Wydawało mi się, że mogę żyć wszędzie… W Paryżu czy w Londynie… Jednak kilka lat spędzonych w Warszawie, gdzie pracowałem i mieszkałem, zmusiło mnie do przemyślenia na nowo mojej śląskości. Zostać czy wracać?

Wróciłem. Bo dopiero w oddaleniu zrozumiałem to, jak ważne jest dla mnie to miejsce i to, że mogę dla Śląska zrobić więcej tu, na miejscu. Dla mnie śląskość to przede wszystkim polskość. Nie umiem myśleć o Śląsku, jak o jakiejś autonomicznej republice. Ślązacy zawsze byli polskimi patriotami. Wielu z nich zginęło, by ta nasza ziemia wróciła do Polski. Niedawno świętowaliśmy ich zwycięstwo, które odnieśli przed stu laty, w III powstaniu śląskim. Śląskość dla mnie to także pracowitość, dokładność, sumienność i solidność, punktualność i prawdomówność. Ten etos pracy, związany też z religijnością, wyraźnie nas, Ślązaków, odróżnia od innych. Pamiętam, że u nas, w Radlinie, określenie „on jest robotny” zawsze budziło szacunek i podziw dla takiej osoby. Z kolei religijność nigdy nie była na pokaz, była głęboka i autentyczna. W mojej rodzinie zawsze przed posiłkiem robiliśmy znak krzyża, a w niedzielę na mszę świętą do kościoła wszyscy szli odświętnie ubrani. Chciałbym, aby wszystkie te cechy na Śląsku przetrwały, i były przekazywane z pokolenia na pokolenie.


Muniek Staszczyk wokalista, autor tekstów

Lubię Śląsk i Ślązaków. Według mnie to bardzo muzyczny Region. Myślę, że Oni naprawdę znają się na muzyce. Dlatego też bardzo lubię tu grać koncerty. Znam wielu śląskich muzyków. „Koleguję” się ze Staszkiem Soyką oraz chłopakami z zespołu „Myslovitz”. Ze śląskich miejscówek największym sentymentem darzę Spodek, gdzie pierwszy raz w życiu byłem na rockowym koncercie poważnego światowego Artysty – Erica Claptona. To było w październiku 1979 roku. Ważnym miejscem jest dla mnie też Stadion Ślaski, ponieważ jestem wielkim fanem piłki nożnej. Szczególnie zapadł mi w pamięć mecz Polska – Norwegia we wrześniu wrzesień 2001 roku. Ten mecz dał drużynie Jerzego Engela pierwszy po szesnastu latach awans na mundial w Korei. Z innych rzeczy lubię „Ślaską Roladę”. Szczególnie mi smakuje ta podawana w knajpie na Nikiszowcu. Mam szacunek dla filmów Kazimierza Kutza, którego miałem okazję poznać osobiście.

Silesia – Wielkie poozdro – Muniek


Robert Talarczyk reżyser, aktor teatralny i filmowy

Zadaję sobie to pytanie po kilka razy dziennie, szczególnie rano, kiedy ołowiany kolor nieba przydusza mnie do ziemi, a te wszystkie kominy, szyby kopalniane i familoki uświadamiają mi, gdzie jestem i skąd „mój ród”. Pewnie byłoby przyjemniej świtem bladym spoglądać na krakowskie sukiennice, molo w Sopocie czy nawet na Pałac Kultury. Pewnie tak…

Ale jest jak jest i ani to moja wina, ani zasługa, że moim logo jest nikiszowiecka cegła, a nie wawelskie arrasy. Kiedyś chciałem się wyzwolić z tej zależności nieomal niewolniczej, bo tak mi się wydawało, że Śląsk mnie zniewolił, że nigdy się nie uwolnię z tego poczucia bycia człowiekiem drugiej kategorii. I w sensie społecznym, jak i czysto ludzkim. Tak, myślałem: jestem gorszy, bo jestem ze Śląska. Bo mówię z akcentem pochylając samogłoski, bo nie mam w rodzinie nikogo, kto byłby więcej niż górnikiem, hutnikiem, fryzjerką czy ekspedientką, bo moja znajomość literatury pięknej jest nabyta raczej w pierwszym pokoleniu niż w poprzednich. I tak sobie pielęgnowałem ten kompleks, raczej ukrywając swoje pochodzenie niż je eksponując. A w najlepszym wypadku ignorując fakt posiadania dziadka w Wehrmachcie, bo drugi przecież służył w Wojsku Polskim we wrześniu 1939 roku. Mam wrażenie, że żyłem trochę obok. Obok tego, co przecież jest dla wielu ludzi na świecie najważniejsze. Własnej tożsamości. Wynikającej z miejsca urodzenia, wspólnej historii, wspólnotowości i grobów, do których nie musiałem pielgrzymować pierwszego listopada setki kilometrów pociągiem, jak moi przyjaciele z całej Polski, ale które były tak blisko, że wystarczyło wsiąść w samochód i dziesięć minut później zapalać znicze przed nazwiskiem dziadka, babci czy przed tym samym nazwiskiem, które nosiłem całe życie, a którym obdarował mnie mój ojciec. To właśnie przed jego grobem czasem staję, żeby pogadać tak naprawdę sam ze sobą i próbować sobie odpowiedzieć na pytanie: po co mi ten Śląsk?

Zastanawiam się czy mój tata zadawał sobie to pytanie, kiedy czołgi rozjeżdżały mur kopalni Wujek a on stał z przerażonymi tak, jak i on górnikami i czekał na zomowców, którzy zabili dziewięciu z nich. Przecież to była jego śląska kopalnia w samym sercu Katowic. Zastanawiam się czy to samo pytanie zadawał sobie mój dziadek, kiedy miał dziesięć lat, a jego koledzy w szkole powiedzieli mu, że już nie będzie się uczył niemieckiego, bo jego Śląsk od teraz został częścią państwa, które po 123 latach nieistnienia wróciło na mapę świata. I czy to samo pytanie zadawał sobie jego szwagier, brat mojej babci, który za to, że mówił tym dziwnym narzeczem, jak mówili ci, którzy się pojawili tutaj wiosną 1945 roku, został wysłany na siedem długich lat w głąb kraju, który słynie z tego, że nie pozwala innym narodom istnieć na tych samych mapach, na których się pojawiła Polska po I wojnie światowej. Czy oni wszyscy zadawali sobie to pytanie? I czy mieli świadomość, że są paciorkami tego samego różańca? A może perłą w koronie? Nie wiem. Ja zadaję sobie to pytanie każdego dnia i wiem, że ich losy splatają się z moimi, bo wszyscy jesteśmy ludźmi stąd i determinuje nas miejsce urodzenia, wspólna historia i język. Żyłem z nimi, obok nich i rozmawiałem z nimi naszym wspólnym językiem, w którym pobrzmiewają germanizmy, często czeski układ zdania, jak i staropolski rdzeń. Śląski język. Osobny. Tak chcę myśleć o mowie, którą się posługuję z ludźmi bliskimi mojemu sercu. Ale przecież Ślązacy to również ludzie, którzy nie mogą się poszczycić genealogią sięgającą zamierzchłych czasów i zapisaną w śląskich księgach parafialnych. Ślązakami zostali również ci, którzy często z jedną walizką, w której musieli umieścić dorobek całego życia wysiadali na dworcach o niemiecko brzmiących nazwach miast, jak Gleiwitz czy Beuthen, by zasiedlać stuletnie kamienice i przejmować stare szafy i kredensy, pełne miśnieńskiej porcelany. To oni przecież na tym dziwnym krańcu świata znajdowali swoje miejsce i oddawali mu swoją energię, inteligencję i serce. I sami o sobie mówili, że są Ślązakami. Był wśród nich na przykład Wojciech Kilar. Artysta rozpoznawany w każdym zakątku globu, urodzony we Lwowie, a mówiący o sobie: Jestem Ślązakiem z lwowskim rodowodem. Pewnie ci ze Ślązaków, dla których jedynym wyznacznikiem bycia prawdziwym „hanysem”, jak u rasowego psa jest rodowód, deklaracja Kilara jest świętokradztwem. Dla mnie zaś błogosławieństwem. Im więcej bowiem nas będzie, tym większą będziemy siłą. I może po to mi Śląsk, żebym sobie uświadomił, że to nie żaden wstyd tylko duma. Bo jeśli ktoś taki, jak Wojciech Kilar mówi o sobie, że jest Ślązakiem, to i ja chcę nim być bez względu na wszystko. Ale Śląsk to nie tylko deklaracja przynależności do tego czy innego plemienia. To również coś co jest poza świadomością wyboru i poza rozumem. To coś, co trudno opisać słowami, a na co Portugalczycy mają swoje określenie właściwie nieprzetłumaczalne na inne języki. Saudade tak brzmi to słowo w języku Fernando Pessoi czy Jose Saramango. A tłumaczone jest jako nostalgia czy tęsknota. To tylko dwa z tysiąca znaczeń, jakie niesie to słowo. Ale też świadomość dawnej potęgi, po której zostały nieczynne szyby kopalniane, czy wielkie fabryczne hale, czy wygaszone hutnicze piece. To bruk pod stopami, kiedyś deptany przez tysiące ludzi mówiących różnymi językami a teraz wytarty do cna. Saudade w Portugalii zaklęte jest w fado, muzykę małych portowych knajp, która po stu pięćdziesięciu latach trafiła do wielkich sal koncertowych, choć jej dusza wciąż tkwi na Alfamie i wystarczy się tam wybrać po zmroku, by je usłyszeć w setkach małych pubów czy winiarni. A czyż na Śląsku też nie mamy swojego fado? I legendarnych pieśniarzy, którzy wyśpiewywali swoją śląską melancholię? Rysiek Riedel i Janek „Kyks” Skrzek doskonale wiedzieli czym jest śląskie saudade, choć tu u nas śpiewa się bluesa a nie fado. Może nigdy o żadnym z tych słów nie słyszeli, ale na pewno doskonale wiedzieli, co one znaczą. I może właśnie tak naprawdę po to jest mi potrzebny Śląsk żebym sobie uświadomił, że nie jesteśmy sami na tym najdziwniejszym ze światów. I że są inni, którzy czują podobnie. A śląskość to przede wszystkim stan ducha, a dopiero w następnej kolejności drzewo genealogiczne, geografia i historia.


Irek Dudek wokalista, muzyk

Jestem z dziada pradziada katowiczaninem. Moi dziadkowie walczyli o polskość Śląska w powstaniach. Niektórzy uważają, że Śląsk powinien być wyalienowany z Polski i Niemiec jako osobna społeczność, która sobie da radę w życiu. Mój ojciec był z Gliwic, to były już Niemcy, moja mama była z Katowic, ale jej ojciec, czyli mój dziadek, był z Mikołowa. To były dwa miejsca oddzielone granicą, a jednak obaj dziadkowie walczyli o polskość Śląska, ten z Gliwic i ten z Mikołowa. To mi dało prostą odpowiedź, jakie mają być Katowice, jaki ma być Śląsk. Polski po prostu. Jeżeli się mówi tutaj po polsku, to dlaczego nie ma być polski, ale również za tym powinna iść tradycja polska. Zbudowana na bazie wiary chrześcijańskiej, bo tak zostaliśmy wychowani, takie są nasze obyczaje, tak mamy skonstruowany cały rok. Jestem tradycjonalistą. Z tym jest, jak z bluesem, do którego wracam. Byłem przecież rockandrollowcem. To tutaj wracam do tradycji śląskiej. Biorę przykład z moich dziadków.

Bycie Polakiem, bycie Ślązakiem wyniosłem z domu. Moja mama, mój tata byli patriotami, katolikami. Ten patriotyzm bierze się z naszej wiary, tak mnie wychowali. Urodziłem się na ul. Powstańców, niedaleko katedry Chrystusa Króla. Miałem kontakt z księdzem Stanisławem Puchałą, który odprawiał msze św. dla studentów w krypcie, gdzie myśmy się spotykali. Te spotkania mnie ukształtowały. O tradycji trzeba ciągle przypominać, bo ciągle te wartości chce się nam tak jakoś zamazać. Sprawić, by zniknęły. Mógłbym mieć prawo nazywania siebie Europejczykiem, w końcu mieszkałem z żoną przez wiele lat w Amsterdamie. Będąc w Holandii nie poprosiłem o podwójne obywatelstwo. Przez cały czas miałem paszport polski. Wyjechałem w okropnych latach osiemdziesiątych, nic tutaj nie było, bród, smród i ubóstwo, a tam było tak fajnie. Dałem się złapać na tą wędkę, pojechałem za żoną, to mi pasowało. Dla mnie określenie Europejczyk to jakiś idiotyzm, bo w paszporcie masz napisane Niemiec, Holender czy Polak. Nie ma paszportów europejskich. Dlatego też, według mnie głupotą mówienie jest: „jestem Europejczykiem”. Idźmy do tradycji europejskiej, jak ta Europa miała być skonstruowana. To powinno nas przywiązać do polskości, bo Europa miała być zrzeszeniem różnych narodów, scalonych wokół chrześcijańskich wartości. Moje córki urodziły się w Holandii. Mając doświadczenie, jak tam jest, jakie są zasady, jak się tam dzieci wychowuje, doszedłem do wniosku, że nasz pogląd na wychowanie dzieci jest diametralnie inny. Wspólnie postanowiliśmy, że wracamy do źródeł, do Katowic. Córki zaczęliśmy wychowywać w Polsce, po polsku. Dzisiaj z Jaworza wrócilibyśmy chętnie do Katowic, bo one się tak fantastycznie rozwinęły. Centrum jest wspaniałe. Myślę, że przed Katowicami jest wielka przyszłość. Tutaj kiedyś był pierwszy drapacz chmur. To było miasto, jak pamiętam, zawsze nowoczesne. Odzywa się we mnie bycie katowiczaninem, nawet nie Ślązakiem, bo w Katowicach się urodziłem i wychowałem, tutaj chodziłem do szkoły, tu zakładałem zespoły, zrobiłem Rawę Blues. To wszystko, co jest we mnie, obraca się wokół Katowic. To jest ważne u Ślązaka, że jak sobie coś postanowi, to pracowitością dochodzi do pewnego sukcesu. Nie układami, tylko naturalnym uporem. Jak chcesz być kimś, to musisz pracować nad sobą. Takim porządnym synkiem był Jan „Kyks” Skrzek. Jak grał na harmonijce, to zabierał ją do pracy na kopalni, i potem była cała czarna. Był tak charakterystyczny, że nie do powtórzenia. Artysta musi być tak indywidualny, żeby ludzie go dostrzegli i zapamiętali. On taki był. Mój Śląsk jest czarno-biały. Tak jak logo Rawy Blues. Ja tak patrzę na świat. Takie patrzenie pomaga mi się w nim nie pogubić. Dostrzec wartości, odrzucić półprawdy. Dla mnie szarość jest synonimem bylejakości, na którą się nie zgadzam. To rozgraniczenie, pomiędzy czernią i bielą, pokazuje mi, jak godnie żyć, czego unikać, a do czego dążyć. Życie według wartości, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Śląsk według mnie ma swój wdzięk w prostocie, tak jak blues, który przylgnął do Katowic. My tutaj myślimy prosto. Dla nas kłamstwo jest kłamstwem, a prawda prawdą. Liczy się prosty, ale prawdziwy przekaz. My jesteśmy od małego przyzwyczajeni do prostego myślenia, nie komplikowania, które zaciemnia główną treść.

Jestem śląskim romantykiem. Mam marzenia, które spełniam. Mój śląski upór spowodował, że zostałem muzykiem i z tego żyję. Moi rodzice byli pełni obaw. Moje ciotki mówiły „Irek, co to za zawód?”. Cały czas się rozwijam i uczę. Szukam nowych ścieżek. Pracowitość i upór to kolejne cechy ludzi tutaj mieszkających. Ślązak to ciepły, życzliwy, uśmiechnięty człowiek. Tutaj ludzie cieszą się z małych rzeczy, czerpią z tego co przynosi każdy dzień.


Michał Fijałkowski – Gwizdała dziennikarz radiowy, pisarz

Przyjechałem na Śląsk jako dziecko. Wróciłem do niego, jak do ojca, po 40 latach. Cały czas czekał. Poczułem wtedy, że jego część tkwiła we mnie, rosnąc każdego dnia. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Teraz już to wiem. Genu wszczepionego, nabytego w dzieciństwie, nie wydłubiesz. Po przyjeździe zrozumiałem, że cały czas, gdziekolwiek byłem, czułem jego zapach, jego smak. Tułając się po różnych częściach Polski i świata, paradoksalnie oddalając się, wracałem pamięcią do dzieciństwa, do domu. Szukając swojej wymarzonej Arkadii nie zdawałem sobie sprawy, że ona już dawno została przeze mnie odnaleziona. Śląska nie należy starać się zrozumieć, jego trzeba pokochać. Uczynić to od pierwszego zachwytu, przemykając przez zakochanie, do prawdziwej miłości. Nie można tego czynić na odległość, bo jak raz go poczułeś, tęsknota nigdy nie da ci go zapomnieć, będziesz wracał do niego chociażby w myślach, snach lub marzeniach. Za Śląskiem płacze się dwa razy. Pierwszy raz, gdy przyjeżdżając, nie wiemy, jak tutaj będzie. Drugi raz gdy nadchodzi czas powrotu do siebie. Fenomen tej ziemi, jak i ludzi, którzy ją zamieszkiwali i zamieszkują, przez wieki urzekał tych, którzy na nią trafiali. Śląsk zawsze był przychylny przybyszom, wędrowcom, wygnańcom czy banitom. Każdy z nich z łatwością wtapiał się w jego koloryt, stawał się jego częścią, znajdując tutaj swoje miejsce na ziemi. Śląsk zawsze był i jest empatyczny, otwarty i tolerancyjny. Z różnic uczynił wartość dodaną, dobierając to, czego mu brakowało. To świadczy o jego wyjątkowości, czyniąc go miejscem szczególnym. Przez wieki więcej dawał z siebie przybywającym, niż od nich brał. Ta jego cecha z czasem stawała się dla niego przekleństwem. Kolejni jego władcy bez skrupułów to wykorzystywali. Śląsk dla tej części Europy był tym, czym była Afryka dla kolonistów. Zasobnym spichlerzem. Bez skrupułów go grabili. Nie zauważali otaczającej ich wielobarwnej, skrzącej się znaczeniami mozaiki kultur, tworzących tzw. śląskość. Liczył się tylko węgiel i stal. Nie ma drugiej tak różnorodnej krainy, skupiającej, jak w soczewce wszystko to co gdzie indziej występuje pojedynczo, od „goczałkowickiego morza”, przez beskidzkie szczyty, głębokie sztolnie, raciborskie pogranicze, po piekarską bazylikę – będącą duchową stolicą Śląska, domem Matki Bożej Piekarskiej. Matki Miłości i Sprawiedliwości Społecznej, do której co roku, ze wszystkich zakątków Śląska, pielgrzymują mężczyźni i młodzieńcy.

Śląsk to charakterni ludzie, którzy go zamieszkują. W nich tkwi jego siła. Oni go tworzą każdego dnia swojego życia. Robią to porządnie, dobrze, całymi sobą. Każdy z nich ma inne jego rozumienie i czucie. Inny był i jest Śląsk Mikołaja Góreckiego, Kazimierza Kutza, Jerzego Pilcha, Teofila Ociepki czy Erwina Sówki, lub Franciszka Pieczki. Inny a jednak taki sam. Wiecznie zielony, świeży i kwitnący. Zapraszający kolejnych odwiedzających. Tych, co tylko na chwilę, jak i tych co na resztę życia. O Śląsku ukształtowało się wiele stereotypów. Opierając się tylko na nich spłaszczamy, i to bardzo, jego obraz. Chociażby ten, że jest czarny i brudny. Pełen dymiących fabryk, o krajobrazie rodem z filmowego „Mad Maxa”. Gdy na kartkach kalendarzy pojawia się grudzień, konkretnie czwarty jego dzień, święto Świętej Barbary, wtedy widzimy go przez pryzmat kopalni. W telewizyjnych przekazach królują orkiestry górnicze. Z tą najsłynniejszą, maszerującą uliczkami katowickiego Nikiszowca na czele. Obserwujemy ubranych w galowe mundury, uśmiechniętych gwarków, którzy na chwilę zapomnieli o trudzie swojego codziennego życia. O tym, że dzisiejszy świat chętnie uczyniłby z nich folklor, wypuszczany na chwilę z pudełka kultury dawno minionej. Bez braci górniczej ten region byłby o wiele uboższy kulturowo. Straciłby swoją witalność i kreatywność. To przecież z tego środowiska wyłoniło się jedno z najbardziej interesujących środowisk malarskich – „Grupa Janowska”. Górnikiem był także wybitny muzyk Jan „Kyks” Skrzek. Na Śląsku, można zaryzykować stwierdzenie, że każdy jego mieszkaniec chociażby otarł się o górnictwo. Górnikiem był pradziad, dziad, ojciec lub sąsiad. Widzenia Śląska nie można oczywiście zawężać tylko do tego środowiska. Jednak nie można też go z jego szerokiej perspektywy poznawczej rugować, jakby wielu z tych, którzy go w ogóle nie znają, by chciało. Każda taka próba musi zakończyć się katastrofą poznawczą. Górnictwo jest jednym z kluczy do zrozumienia „śląskiej duszy”, ale nie jedynym. To tutaj tzw. industrial został podniesiony do rangi sztuki architektonicznej przez ludzi, którzy go tworzyli. Dzisiaj jest chroniony, jako widomy znak czasów przeszłych, okresu pary i maszyny. Ten szacunek opiera się na wychowaniu w poszanowaniu tego co dawało kiedyś lub daje dzisiaj Tobie chleb. Maszyny, szyby górnicze mają na Śląsku, jak ludzie, swoje imiona. Zabytki industrialne z przełomu XIX i XX wieku, współistnieją obok pałacowych czy zamkowych perełek budownictwa, którymi ten region stoi. Przez kilkaset lat Śląsk był traktowany jako łup. Ziemia bez ludzi, bez podmiotowości, bez własnej historii i dokonań. Dumy z tego kim się jest i gdzie się żyje. Czy byli to Czesi czy Niemcy, zawsze było tak samo. Ludzie, którzy zamieszkiwali te ziemie mieli tylko pracować i cieszyć się, że mogą być częścią czyjegoś wielkiego planu rozwojowego. Dostarczycielami paliwa do jego realizacji. Mieli posiadać cele i marzenia, lecz nie swoje tylko cudze. To lekceważenie doprowadziło to trzech Powstań Śląskich. W ich wyniku Śląsk wrócił do Polski. Wrócił , bo sam chciał. Zawsze był liściem, który zachował w sobie pamięć drzewa, z którego pochodzi. Ślązacy wybrali polski romantyzm, zbrojnie dokonując modernizacji niemieckiego sloganu „ordnung muss sein”. Wypowiedzieli się przeciwko skostniałemu porządkowi, który z założenia odbierał im prawo do myślenia o jakimkolwiek wolnościowym pojmowaniu ich świata, Śląska. Wypowiedzieli posłuszeństwo germańskiej kulturze, dla której pokojowe współistnienie było obcym, wrogim przejęciem.

Od tamtego czasu śląski porządek i odpowiedzialność mają w sobie polski, romantyczny, wolnościowy pierwiastek. Śląsk wybrał odradzającą się Rzeczpospolitą. Państwo szanujące wolność człowieka, będącego jej częścią, w każdym przejawie jego działania, odruchu jego jestestwa. Dającą poczucie bezpieczeństwa i jedności. Właśnie teraz, dzisiaj, sto lat po tamtych wydarzeniach, na Polsce spoczywa olbrzymia odpowiedzialność. Jej częścią jest piękny wielobarwny liść, nie ciało obce, dziwne, niezrozumiałe, ale integralna część korony, pięknego, rozłożystego drzewa, jakim jest Polska. Śląsk zrozumiał i pokochał Polskę. Polska ze swoim jego zrozumieniem musi pójść o krok dalej.


Dominik Kolorz działacz związkowy

Urodziłem się, wychowałem, mieszkam i pracuję na Górnym Śląsku. To moja mała ojczyzna. To mała ojczyzna moich przodków. Każda z naszych małych ojczyzn ma odmienną historię. Inaczej wyglądało to na Pomorzu, inaczej w Wielkopolsce, Małopolsce, czy Lubelszczyźnie. Granice Polski na przestrzeni wieków zmieniały się wielokrotnie. Górny Śląsk pozostawał poza granicami Rzeczypospolitej przez prawie 600 lat. Czyli znacznie, znacznie dłużej, niż inne regiony Polski, zagarnięte przez trójkę zaborców pod koniec XVIII wieku. Mimo tej wielowiekowej rozłąki, polskie korzenie, polski język i obyczaje przetrwały na Górnym Śląsku. To świadczy o sile polskości Ślązaków, o ich wytrwałości i nieugiętości. Przyznam, że dziwią mnie ludzie podważający przywiązanie Ślązaków do Polski. To raczej stołeczne elity naszej Rzeczypospolitej miały i wciąż mają problem z lojalnością wobec rodaków mieszkających na Górnym Śląsku. Jasne, że w kulturze, w języku i w obyczajach mieszkańców Śląska przetrwało w sporo elementów kultury niemieckiej i czeskiej, ale całość spaja polskość. Śląsk nie jest tu wyjątkiem na tle innych regionów Polski. Na Podhalu są elementy kultury słowackiej. Elementy kultur innych narodów są widoczne w innych regionach Polski. Trzeba pamiętać, że w dwudziestoleciu międzywojennym i wcześniej, miasta na terenie naszej Ojczyzny były narodowościowymi tyglami. Obok Polaków mieszkali Żydzi, Ukraińcy, Niemcy, Białorusini, a także Rosjanie, Litwini, Czesi czy Romowie. I jeszcze jedną niezwykle istotną kwestię chciałbym podkreślić. W mojej ocenie zasadniczy wpływ na to, że polskość na Górnym Śląsku mimo historycznych zawirowań pozostała tak silna, jest związana z tym, jakie wartości i cechy szczególnie ceniła i promowała lokalna społeczność. To przede wszystkim pracowitość i wytrwałość, solidność i uczciwość, dbałość o rodzinę, ogromny szacunek wobec przodków i przywiązanie do wiary katolickiej, a także solidarność w pracy i w życiu lokalnych wspólnot. Taki wzorzec przekazywany był kolejnym pokoleniom Ślązaków. I to przyniosło dobre owoce. Sto lat temu, w 1922 roku Górny Śląsk wrócił do macierzy. Cztery lata wcześniej Polska odzyskała niepodległość po stu dwudziestu trzech latach zaborów. My czekaliśmy na powrót znacznie dłużej. I liczyliśmy, że zostaniemy przyjęci z większym entuzjazmem. Wszak w wianie Górny Śląsk niósł przeszło pięćdziesiąt kopalń węgla kamiennego, huty, koksownie. dwie trzecie produkcji żelaza w drugiej RP i trzy czwarte produkcji węgla kamiennego pochodziło z tego niewielkiego powierzchniowo, lecz ludnego regionu. Tak na marginesie, warto tylko wspomnieć, że gdyby nasz region nie znalazł się w granicach Rzeczypospolitej, to nie powstałaby Magistrala Węglowa, nie byłoby Gdyni, która z rybackiej wioski stała się naszym morskim oknem na świat. Kryzys lat trzydziestych dwudziestego wieku mocno uderzył również w mieszkańców Górnego Śląska. Zamykanie kopalń, bezrobocie, biedaszyby, strajki i strzały do strajkujących. Powrót do Macierzy nie był dla Ślązaków łatwy, bo o matczynej miłości trudno było w tym wypadku mówić. Ta historia niestety wciąż się powtarza. To Śląsk w głównej mierze odbudowywał zniszczoną podczas II wojny światowej Warszawę. To śląski przemysł podnosił Polskę cywilizacyjnie. Z pracy Ślązaków, z bogactwa tego regionu reszta Polska chętnie korzysta, ale z drugiej strony niechętnie się odwzajemnia. Gdy jest dobra koniunktura w przemyśle, dobra koniunktura na węgiel, władza centralna chce czerpać z tego jak największe zyski. Gdy przychodzi kryzys, mówi: „Radźcie sobie sami”. Taki był stosunek władzy do Śląska w PRL-u i taki zły wzorzec postępowania przejmowały kolejne rządy po 1989 roku. Chciałbym, aby Polska traktowała Górny Śląsk tak, jak na to zasługuje. Sprawiedliwie i z wzajemnym szacunkiem. Wszak jesteśmy rodakami. Mieszkamy w jednej, wspólnej Ojczyźnie. I nasze wspólne korzenie sięgają znacznie, znacznie dalej niż do 1922 roku. Oblicze Górnego Śląska będzie się zmieniać. To nieuniknione. Kopalnie, huty i przemysł ciężki w naszym regionie są w fazie schyłkowej. Trwa transformacja gospodarcza i społeczna. Transformacja z licznymi i wysokimi przeszkodami. My, Ślązacy, przetrwamy. Jesteśmy twardzi i damy sobie radę. To od postawy władz stołecznych, reszty rodaków zależy, czy zapamiętamy ten moment historyczny jako czas solidarności i wsparcia ze strony reszty Polski, czy w zbiorowej pamięci Ślązaków zostanie obraz Macierzy, która w obliczu trudności znów nas zostawiła samych.


Zbigniew Kadłubek - pisarz, tłumacz, eseista

W Panamie jest wszystko o wiele ładniejsze.
Janosch

Wiadomo, że najpiękniej jest tam, gdzie rosną banany. Panama jest najśliczniejszym krajem, pełnym słońca. Mieszkają tam ludzie z rękami otwartymi do życia i do przytulania. Chętnie przyjmują Panamczycy przybyszów. Ach, nie sądzę, żeby obcych kochali, lecz z całą pewnością ich tolerują; bywa, że muszą Panamczycy znosić przyjezdnych pogardę. Mowa panamska nie jest bezsłowiem, jak mniemają głowy uczone; gawędzą między sobą Panamczycy po panamsku, nieco odurzeni bezustannie zapachem bananów. Bananami zawsze się dzielili, ponieważ w Panamie wszystkiego jest pod dostatkiem. Gdy ktoś mówi o jakichś kopalniach, hutach i hałdach w Panamie, albo o zbędnym dzisiaj żelastwie, być może ma na myśli zielone wzgórza panamskie. A to, co nazywają hukiem maszyn panamskich, to cudowny szum oceanu. Czy chcielibyśmy, my, mieszkańcy Panamy, siostry i bracia, bez przerwy uzasadniać, dlaczego tu przebywamy? Do końca nie wiemy. Urodziliśmy się tu, mowę panamską słyszeliśmy od kołyski, dookoła jest tak ślicznie, że nie rozumiemy polityki, filozofią zajmujemy się rzadko, nie liczymy, nie kalkuluje, my nie czytamy dużo, ale co nieco wiemy o świecie. To, co stworzyło niezbywalne więzi pomiędzy Panamczykami, to relacje, które trudno opisać. Często wracamy myślą do początków ludzkości i dziwimy się, że trzeci rozdział Księgi Rodzaju opowiada o wypędzeniu z Raju.

Dociekamy oczywiście pewnych spraw – siostra lub brat panamski pyta od czasu do czasu: „Co czujesz? Kim teraz jesteś? Gdzie jesteś?” Albo śpiewnie, w intonacji niespotykanej nigdzie indziej stwierdzi: „kaj my to so-m”, jakkolwiek, w tym pozornie pytającym zdaniu, nie ma pytania. Raczej chciałbym powiedzieć, że jest to swoisty wyraz afirmacji albo przepotężnego zdziwienia, w którym jest wdzięczność skierowana prosto do Boga jak modlitwa. W kwestii panamskiego Boga. Nie jest to Bóg ani karzący, ani głaszczący, żadne dualistyczne bóstwo, po prostu jest z nami jak jeden z Panamczyków. Modlimy się do niego po panamsku, nie uważamy się ani za chrześcijan, ani za muzułmanów, ani za animistów. Jest to po prostu miłość do wszelkiej istoty, do wszystkich rzeczy, drzew, zwierząt i bananów. Podczas powstań panamskich staraliśmy się nie strącić z drzewa ani liścia. Nie deptać trawy. To znaczy mówiono, że są to powstania, ale my, Panamczycy, nie zabijamy, nie mamy czołgów, karabinów ani stalowych hełmów. Dawno, dawno temu żył wśród nas niejaki Rafaniello Długobrody. Wywodził się ze starego miasta Neapol w Italii. Znał on świetnie mowę panamską, przyjechał do nas z daleka, jak wspomniałem, mówił, że panamski jest piękną tkaniną i że panamski to jedyna mowa śliny zlepiająca najtrudniejsze słowa i pojęcia. Zwykł on też mawiać, że Panamczycy nikogo nigdy nie zabiliby za Panamę (nie jest Panama ojczyzną, lecz panamszczyzną). Nie wierze, że tak się sprawy mają. Gdy ktoś im kradnie banany, nie jest to dobry uczynek. To jest niedopuszczalne! Wiadomo. Wówczas mogliby kogoś Panamczycy – jestem pewien – okrutnie okaleczyć.

Odwiedził nas kiedyś, ze sto lat temu, na panamskiej gościnnej ziemi wybitny dygnitarz,elokwentny mówca i człowiek o wielkim sercu. Nazywał się Wojciech Korfanty. Nie pamiętam całego jego przemówienia. Zostało mi w głowie tylko jedno jedyne zdanie. Rzekł wtedy: „Umiłowani Panamczycy, budować to współpracować z ziemią”. Wielkie owacje nie miały końca. Wszyscy uczcili mówcę. Dali mu tyle bananów, że nie mógł się zmieścić na okręt. W istocie Panamczycy nie wiedzą, co to znaczy ojczyzna najbliższa lub ojczyzna regionalna, ale prawdziwe byłoby dla nich twierdzenie: wspólnota panamska to królestwo. Chociaż ktoś napisał w grubej książce, tytułu nie pomną, że dni Panamy są policzone. Nie przykładamy do tego wagi. Ponieważ nie stosujemy kalendarza ani juliańskiego, ani gregoriańskiego, nie wiemy, kiedy to nastąpi. Ten sam autor, który napisał tę grubą książkę, wmawia Panamczykom, że są pograniczem. Jesteśmy w stanie przystać na to, o ile założylibyśmy, że chodzi o pogranicze nieba, oceanu, ziemi.

Pozdrawiamy ludzi, którzy nie zauważają Panamy, ale odczuwają do niej sympatię. Nie jesteśmy w stanie wszystkich do nas zaprosić, ponieważ nasz kraj, jakkolwiek nie ma i nie zna granic, nie jest po prostu dla wszystkich. Zapewniamy jednakowoż niezmiennie o ciepłych uczuciach i przypominamy, że jesteśmy aniołami, przy czym nie jest to odwołanie do bardzo dawnego dzieła Mechtyldy z Magdeburga pod tytułem Strumień światła boskości (którą pieczołowicie przechowujemy od 348 lat w PPP (Panwesłej Panamskiej Panbibliotece).

Wróć do strony głównej